Keja 2019 a
Kwietniowe, słoneczne, sobotnie południe. Siedzimy sobie z Elą Piłat w ogrodzie i delektujemy się jednym z pierwszych naprawdę wiosennych dni.
Dzwoni telefon.
- Pan Paweł Orkisz?
- Owszem - odpowiadam.
- Czy może mi Pan wytłumaczyć jak to się dzieje, że przeczytałem gdzieś w sieci, że jest Pan autorem "Piosenki z szabli", a przecież ja tę piosenkę słyszałem w Warszawie, w okresie tuż przed Powstaniem Warszawskim?
- Naprawdę? W jakich okolicznościach? - dopytuję uradowany, bo już czuję, że szykuje się fajna opowieść, ale nie chcę człowieka spłoszyć. Po głosie poznaję, że mój rozmówca ma sporo lat i wiele ciekawego do powiedzenia...
Przez myśl mi przemknęła radosna myśl, że może usłyszę jeszcze tamtą melodię od mojego rozmówcy. Ale nie, nie pamiętał. Szkoda.

Spokojnie wytłumaczyłem, że tak, owszem, podaję się za autora tej piosenki, więcej: jestem autorem "Piosenki z szabli", ale zawsze podkreślam, że nie jestem autorem tych słów. Ja ją skomponowałem. Wiersz jest stary, nazwiska autora nie znam, spisałem go po prostu z szabli mjr Henryka Szczyglińskiego, łódzkiego malarza, legionisty Piłsudskiego. Dlatego właśnie moja piosenka nosi taki, a nie inny tytuł. Wiersz powstał prawdopodobnie pod koniec XIX wieku, gdzieś kiedyś nawet widziałem opublikowany ten tekst, nosił tytuł "Żołnierz", zapisałem sobie na jakimś karteluszku nazwisko autora, ale karteluszek przepadł, no i teraz go nie pamiętam. Brzmiało jakoś tak: Zwierzchosławski, może Wierzchowiecki... Dalibóg nie wiem.

Możliwe zatem, nawet wielce prawdopodobne jest, że kogoś ten wiersz zauroczył i ten ktoś dorobił do niego melodię. Albo i sam wiersz powstał do gotowej już jakiejś melodii. Jest w nim przecież bardzo wyraźny rytm, puls i jakaś taka ułańska świeżość, fantazja... Ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś wspomniał jakąś poprzednią wersję tej piosenki.
- Ile ma Pan lat? - zapytałem.
- 94 - usłyszałem w odpowiedzi.
- Uff! To jak Pan znalazł informacje o mojej piosence? Posługuje się Pan internetem??
- Oczywiście. Czasem coś tam jeszcze nawet napiszę, byłem redaktorem...
No to tu Cię mam! - pomyślałem.
Poprosiłem Pana o napisanie nam wspomnienia na temat tamtej piosenki, a potem jeszcze o szersze przedstawienie się mojej publiczności. Może Was te dwie opowieści zainteresują (zmieniłem jedynie interpunkcję...). W ten sposób część jego wspomnień zostanie z nami na dłużej.
sala Kei
* * *

Tadeusz Zieliński / Warszawa

Wspomnienie o piosence „O szabli”

      Jest kwiecień, może maj 1944 r. Znajduję się w mieszkaniu przy ulicy Chłodnej 22, które mój Ojciec otrzymał po likwidacji tzw. małego getta. Prawdopodobnie zajmował go jakiś lekarz, bo jeszcze niedawno przewalały się tu sterty medycznych książek. Mieszkanie biedne, pokój z kuchnią, bez łazienki, z wciśniętym w kąt klozetem. Brudne odrapane ściany, zapyziała kuchenka, na wpół zardzewiały zlew... Trzeba więc to mieszkanie odnowić; nikt przecież jeszcze nie wie, co tu za chwilę będzie się dzialo. Że wybuchnie powstanie, że tuż obok, kilkadziesiąt czy może kilkaset metrów dalej zacznie się straszliwa rzeź Woli, w której zamordują kilkanaście tysięcy ludzi i że w ogóle przestanie istnieć miasto.
      Po pokoju kręci się mężczyzna z pędzlem malarskim w ręku. Z wyglądu młody, gdzieś bliżej trzydziestki, średniego wzrostu z mało wyrazistą twarzą. Jest markotny, nierozmowny, na pytania Mamy odpowiada monosylabami albo bezosobowo: zrobi się, będzie biało, zobaczy się... Zwrotu pani w ogóle nie używa, unika nawet rzeczownikowego zaimka ja. Facet wyraźnie niesympatyczny, na dodatek robiący wrażenie, że to malowanie ścian mu „nie leży”, że robi to z przymusu, dla chleba.
      Stoję sobie z boku i obserwuję go. Zauważam, że co jakiś czas między jednym a drugim chluśnięciem farbą zaczyna śpiewać, czy raczej nucić jakąś piosenkę. Słyszę słowa „nauka to jest wymysł diabli, najmilszy dla mnie jest karabin i klinga ukochanej szabli”. Od razu wpadają mi one w ucho. Mężczyzna nie przerywając pracy powtarza ten fragment, albo refren wielokrotnie; najwyraźniej czuje się, że zawarta w nim treść to samo sedno jego poglądów, jego filozofii życia.
* * *
     Przez wiele lat wracałem myślami do tego, zdawałoby się mało znaczącego zdarzenia. Teraz już jako 94-latek widzę zasadniczą różnicę między moimi dwiema percepcjami.
    Tamta, kiedy brakowało mi do dwudziestki kilku miesięcy, była percepcją niedojrzałą i emocjonalnie ambiwalentną. Z jednej strony ubodło mnie to lekceważenie nauki, tej nauki, którą w warunkach okupacyjnych prowizorycznie, bo w dużym stopniu prowizorycznie pobierałem, słuchając ukrywanych przed okupantem wykładów prowadzonych w Miejskiej Szkole Handlowej (uważanej za przedwojenną SGH), a z drugiej czułem kompleks młodzika ukrytego pod pierzyną okoliczności, który w odróżnieniu od kolegów-równolatków nie działa w konspiracji, nie dotknął nigdy stena i nie chodził na różne akcje czy szkolenia wojskowe. Zauważmy, że słowo karabin brzmiało wtedy szlachetnie, ono zawierało w tamtych latach, a już szczególnie w 1944 roku więcej patriotycznego ładunku niż nauka.
    Przy dobrze utrwalonej pamięci, dzisiejsza percepcja całości zachowania się tego człowieka jest już inna. Głębiej rozumiana „krytyka” nauki jako „wymysłu diabła” znajduje uzasadnienie w jej nieograniczoności, w tym stale uciekającym przed nami horyzoncie, w tych ciągle powtarzających się sytuacjach, kiedy to dochodząc do pewnego poziomu wiedzy nadal nie widzimy końca i nadal szukamy wyjaśnień tego, co znów okazało się nieznane, niezbadane itd. itd. Może więc w tej niechęci do nauki było coś więcej niż tylko odreagowanie złości za złe stopnie czy słabe w ogóle wyniki w szkole? Tego nie wiem.
     No, a to niesympatyczne, czy wręcz niechętne traktowanie mojej Mamy? Traktowanie kogo? - Inteligentki! Pamiętajmy, że w Polsce inteligencja nie była tak wymieszana społecznie jak obecnie; jako środowisko legitymowała się głównie rodowodem szlacheckim (ziemiańskim), rzadziej mieszczańskim. A to w uproszczonej ideologii wykluwającej się w czasie okupacji PPR było identyfikowane klasowo z „pańskim stosunkiem do człowieka", z czym należało walczyć, nie inaczej jak z burżuazją. Może ten malarz do konspiracyjnej PPR należał, tego nie wiem. Nie ręczę też za to, czy ja sam w identyczny sposób wtedy rozumowałem.
* * *
      Urodziłem się 18 września 1924r. w rodzinie inteligencko-ziemiańskiej. Ojciec był urzędnikiem bankowym, Mama, związana ściśle ze swoją matką, łączyła z nią losy pomagając jej w prowadzeniu gospodarstw wiejskich  przypominających charakterem posiadłości mickiewiczowskiej szlachty zaściankowej. W jednym z nich, stanowiącym resztówkę większego majątku ziemskiego, położonym w historycznej miejscowości Dębe Wielkie spędziłem dzieciństwo i pierwszą część swojej młodości.
    Naukę pobierałem początkowo w domu i stosunkowo późno, bo dopiero po ukończeniu 9 lat poszedłem do szkoły. Była to znana szkoła im. Zamoyskiego w Warszawie. Dojeżdżałem do niej codziennie koleją, po długich 4-kilometrowych wędrówkach z domu do stacji i po lekcjach z powrotem.
     Po otrzymaniu w 1939r. tzw. małej matury przebywałem we wspomnianym mająteczku, przygotowując się w trybie eksternistycznym do „dużej” matury, którą zdałem w warunkach wojennych, w 1941 roku. Przez pozostałe 3 lata okupacji uczęszczałem na zajęcia w tzw Miejskiej Szkole Handlowej (MSH), która pod szyldem przygotowania do zawodu kupieckiego realizowała potajemnie program przedwojennej Szkoły Głównej Handlowej (SGH).
     Ważną cezurą w moim życiu był wybuch Powstania Warszawskiego, który zastał mnie po prawej stronie Wisły bez łączności z rodzicami, którzy znaleźli się w stolicy. Ojca wywieziono do obozu hitlerowskiego w Lengenfeld, gdzie wkrótce zmarł. Mieszkając z pozostałością tak okrojonej rodziny (Mama i młodszy Brat), przyjąłem odpowiedzialność za jej los i chcąc uniknąć przymusowego wcielenia do Ludowego Wojska Polskiego, podjąłem pracę urzędniczą w Milicji Obywatelskiej, co zapewniało jakieś minimum egzystencji. Po 9 miesiącach rozpocząłem pracę w urzędach; najpierw w Ministerstwie Żeglugi Handlu Zagranicznego, a potem w Głównym Urzędzie Statystycznym. Jednocześnie prowadziłem zajęcia w SGPiS, jako asystent w katedrze statystyki. Z uwagi na niekorzystne pochodzenie społeczne i podejrzliwy stosunek do aktywności społecznej (wyrażający się w odmowie przystąpienia do PZPR po likwidacji PPS) byłem stygmatyzowany jako osoba „niepewna”, co ostatecznie wyraziło się w relegowaniu mnie z zajęć uczelnianych w SGPiS.
    Te minusy i utrudnienia starałem się kompensować nadrabianiem wykształcenia, najpierw uzupełniając prowizorium wiedzy zdobytej w warunkach wojennych w MSH, poprzez uzyskanie magisterium (1952 r), a już później, w latach 70-ych otwierając przewód doktorski, który ukończyłem  uzyskując dyplom doktora nauk ekonomicznych.
    Przez dłuższy czas cieniem na mojej drodze życiowej kładło się także słabe zdrowie i trapiąca mnie niekonsekwentnie leczona gruźlica. płuc. Nie mogąc ze względów politycznych kontynuować zajęć dydaktycznych w SGPiS, związałem na dłuższe lata swoją karierę zawodową z Polską Izbą Handlu Zagranicznego (PIHZ), a ściślej z jej pionem wydawniczym, w którym przeszedłem przez wszystkie szczeble awansu redakcyjnego, dochodząc w 1973 roku do stanowiska redaktora naczelnego specjalistycznej gazety „Rynki Zagraniczne” (głównego w PRL organu informacji i analiz z zakresu handlu międzynarodowego i gospodarki światowej). W tej instytucji przepracowałem łącznie 34 lata, po odliczeniu dwóch przerw: 1963-67 (w związku z oddelegowaniem mnie do pracy w ambasadzie w Brukseli) i 1977-81, kiedy za pośrednictwem CHZ Polservice prowadziłem wykłady z ekonomii na uniwersytecie w Oranie (Algieria).
     Po przejściu na emeryturę w 1989 roku reaktywowałem swoje dawniejsze hobbystyczne zainteresowania psychologią, nawiązując współpracę z Akademią im L.Koźmińskiego (profesor T.Tyszka). Współpraca ta trwa do dziś, owocując kilkoma artykułami naukowymi jak również 3 książkami. Uwzględniając pracę publicystyczną w redakcji gazety „Rynki Zagraniczne”, na mój dorobek autorski składają się także dziesiątki artykułów informacyjno-analitycznych z dziedziny gospodarki światowej. Jestem również autorem 3 pozycji książkowych o charakterze wspomnieniowym.
      Począwszy od 1944 roku moje życie rodzinne było i pozostaje nadal bardzo ubogie. Po stracie Ojca i śmierci Mamy pozostał Brat, któremu mimo ukończenia studiów matematycznych nie udało się wskutek postępujących obciążeń schizoidalnych psychiki osiągnąć stabilizacji zawodowej i osobistej. Moje małżeństwo zawarte późno, bo dopiero w 1961 roku i z również niemłodą osobą było bezdzietne. Zakończyło się wraz z śmiercią Żony w 2002r.
    Moją obecną pasją życia, która ma go zwieńczyć na koniec, jest zorganizowanie wystawy interdyscyplinarnej p.t. „Kłamstwo - wirus cywilizacji”. Opracowałem szczegółowy scenariusz i mam obietnicę realizacji  na terenie Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie przez tzw Fundację Wyszyńskiego.  Chodzi „jedynie” o finanse i z tym się borykam.
      Mieszkam  sam w Warszawie. Korzystam z doraźnej pomocy i opieki dalszej rodziny. Aktualnie mam problemy zdrowotne ze wzrokiem i ze słuchem. Jestem w okresie między usunięciem zaćmy w lewym oku i planowanym na maj usunięciem jej w drugim, prawym. Czytanie i pisanie na razie utrudnione. Poza tym trapią mnie różne, raczej banalne, ze względu na wiek dolegliwości, które staram się skrupulatnie kontrolować i neutralizować.

Warszawa, kwiecień 2019 r.  
Tadeusz Zieliński
* * *

Dziekuję, Panie Tadeuszu, za te wspomnienia.

Paweł Orkisz
20.04.2019
foto: Keja Pub Łódź, 2019
Keja 2019 b

Poprzedni artykuł
rok 2019, rok 2018rok 2017rok 2016rok 2015rok 2014 
rok 2013rok 2012rok 2011rok 2010rok 2009